Wrocław!

Hej! W ostatnim moim wpisie wspomniałam wam, że wyjeżdżam na wolontariat do Wrocławia, i obiecałam, że coś wam opowiem, więc serdecznie zapraszam!




Wyjechałam w piątek, 6 kwietnia o godzinie 11:30. Cztery godziny w podróży nie były najprzyjemniejszym doświadczeniem, ale że zwykle najbardziej lubię podróżować pociągami jakoś to przetrwałam. W trakcie 40 minutowej przesiadki w Katowicach zdążyłam zamówić jedzonko w Burger Kingu (Uwielbiam najbardziej z wszystkich tych bardziej znanych fast foodów!)
Nie obyło by się oczywiście bez kawy i wizycie w Tigerze, więc udałam się z Benią na zakupy. Spędziłyśmy w centrum ponad dwie godziny, bo uciekł nam jedyny autobus, który jechał o tej godzinie na Wrocławskie partynice.
Jakoś udało nam się dojechać i gdy udałyśmy się na miejsce noclegowe od razu zakochałam się w panującym tam klimacie. (Nie wiem, czy tamtejszy park ma jakąś konkretną nazwę, ale było to na terenie wrocławskiego toru wyścigów konnych)
Ogólnie spaliśmy w jednym z budynków, które wzorowane było na miasteczko westernowe, a że ja kocham te klimaty, czułam się tam po prostu cudownie.
Ogólnie szczerze mówiąc myślałam, że będę tam miała trochę więcej wolnego czasu, jednak pracy było tak dużo, że w pierwszy dzień nawet nie miałam czasu zjeść, a co dopiero robić zdjęć, więc wybaczcie za ich brak w tym wpisie. Zbiórkę miałam o około 7:30 i do około 17:00 ciągle miałam coś do roboty, więc jak się domyślacie niczego nie pozwiedzałam. (Choć w sumie nawet nie nastawiałam się na to, że zwiedzę pół Wrocławia)
Nosiłam wspaniałą koszulkę z napisem "Ekspert od pomocy"
W drugi dzień było lżej, bo wstałam o 6:00, ponieważ i tak nie umiałam zasnąć, a że pracę zaczynałam o 11:30 to zdążyłam wpaść do pobliskiego McDonalda na śniadanie, hah. Było to miłą odskocznią od ciągłego jedzenia kanapek (Pysznych kanapek, no ale wiecie...)
Swoją pracę niestety musiałam skończyć wcześniej, bo w trakcie dopadł mnie taki ból brzucha, że opiekun wolontariuszy pozwolił mi przespać resztę dnia, hah. Po tym jak obudziłam się i czułam już nieco lepiej i tak musiałam się zbierać na pociąg. W domu byłam około 21:30 i choć byłam zmęczona i obolała jak nigdy, było warto jechać. Moja przygoda z wolontariatem na pewno nie skończy się na tej wycieczce, pewnie w tym roku jeszcze na jakąś się wybiorę.

Okej, ja już kończę ten wpis, a wy powiedzcie mi, czy mam pisać osobny wpis o technicznej stronie wolontariatu? Dziękuję wam za uwagę i wytrwałość przy chyba najdłuższym wpisie na tym blogu, buzi!

Komentarze

  1. mam prawie 27 lat, a do wrocławia jezdze odkad mialam z ..5 ! mam tam rodzinę, studiowalam i mieszkanie mam w samym centrum rynku , ale w zyciu nie chcialabym tak mieszkac , jeszcze z dzieckiem. lokalizacja fajna dla studentów :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie byłam w Tigerze, jak pojadę do Łodzi muszę zajrzeć.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Każdy komentarz motywuje mnie do pracy i sprawia, że czuję się lepiej. Dziękuję!